Wprost ze Starego Rynku trafiamy właśnie do rodzinnego biura podróży państwa Sphooka.(...) Kolejne grupy widzów dostają się w ich ręce i wypełniają stosowne formularze: imię, nazwisko, wiek, numer buta, waga, przebyte choroby, niespełnione marzenia... Dają się poczęstować cukierkiem, odświeżyć perfumami, wkładają na głowy głupawe czapeczki biorą do ręki bilet... A potem? A potem kolejna trójka trafia do podjeżdżającej właśnie syrenki - bo to ona jest głównym rekwizytem spektaklu - i jedzie w kilkuminutową „podróż życia". Dokąd? A to już zależy od podróżujących, od towarzystwa, w jakim się znajdą, od nastawienia, nastroju, potrzeb i oczekiwać...
Ewa Obrębowska-Piasecka, Głos Wielkopolski, 25.06.08